Muminki to nie tylko bajka, czyli dlaczego Pippi nie może być blondynką, a Kermit musi być szary

Okładka książki pt."Jim Henson. Tata Muppetów - biografia"
Okładka książki pt."Jim Henson. Tata Muppetów - biografia" Wydawnictwo MARGINESY
Przyjaciółka zwierzyła mi się niedawno, że kiedy jej smutno i źle, spaceruje ulicami starej Oliwy. I to nie dlatego, że tam mieszka, lecz dlatego, że wiele lat temu tam właśnie, nieopodal uniwersytetu spędzałyśmy czas w przerwach pomiędzy zajęciami. Nie w uczelnianym bufecie, nie na papierosie, tylko na maluteńkiej łące, która w zależności od pory roku kwitła albo pokrywała się szronem. W tamtym pięknym, dobrym, niezapomnianym czasie łączka stanowiła nasze królestwo. I dziś Ewa ucieka tam właśnie, bo tam znowu czuje, że ma nieograniczone możliwości i mnóstwo szczęśliwych chwil przed sobą.

Ona ucieka na łąkę, a ja tam, gdzie stare neony. Na warszawskiej Pradze ktoś wymyślił dla nich miejsce. I nie jest to cmentarzysko, tylko piękna prezentacja staruszków po przejściach: sanatorium ze SPA. Odremontowane, wyczyszczone i lśniące świecą dawnym blaskiem. W Warszawie jest dużo starych neonów. Kiedy mi smutno i źle, ruszam ulicami i oglądam: JUBILERA z charakterystycznie wykręconym J, MERINO (sklep z materiałami) o prostym kroju, JASIA I MAŁGOSIĘ (kawiarnia) zapisane zieloną pisanką, TKANINĘ (sklep z materiałami) o falowym kroju pisma, siatkarkę na Placu Konstytucji, PERFUMERIĘ na ulicy Puławskiej, nie wspominając o CEPELII zielonej i czerwonej, a także MOZAICE (kawiarni) na Mokotowie, gdzie tańczy się na dancingach, śpiewa Czarnego Ali Babę oraz Parostatek.

Wiem najlepiej, jak chwyta za serce DOBRY WIECZÓR WROCŁAW (przy wrocławskich dworcu, rzecz jasna!), bo co roku przyjeżdżam do Wrocławia na targi książki zorganizowane w budynku dworca. Wgapiam się w ten błyszczący napis i od razu tak mi jakoś lepiej. Czemu tak łapie mnie za serce? Bo te neony to moje kotwice. Kotwice, które przenoszą mnie w bezpieczny czas, a w moim wypadku to okres dzieciństwa i otaczającego mnie wówczas świata.

Wychowałam się w Gdyni, pośród neonów, które może były takie same jak w innych miastach Polski - jak MODA POLSKA czy E.Wedel - ale też jedyne i zarezerwowane tylko dla mnie. Moje gdyńskie KINO GOPLANA, KINO WARSZAWA, HOTEL GDYNIA, APTEKA ESKULAP czy nade wszystko najpiękniejszy neon dworcowy GDYNIA GŁÓWNA OSOBOWA z migającym zegarem zawsze nie o czasie, bez części wyświetlonej kreseczki czy kropki w sekundniku. Wszędzie, gdzie trafiam, instynktownie szukam starych neonów.

To moje kotwice, czyli powroty do bezpiecznej przeszłości. Każdy je ma. Wspomnienia zabaw na podwórku, na którym stał ukochany trzepak i huśtawka, furtki, na której wbrew zakazom woziliśmy się godzinami , to piosenki, filmy, płyty, kartki pocztowe, znaczki i pamiętniki, „Świerszczyki” „Płomyczki”, „Światy Młodych” i przede wszystkim książki. Książki, do których wracamy, autorzy, których kochamy, i historie, które zapamiętaliśmy na zawsze.

Te historie i ludzi odkurzamy i wydajemy dzisiaj dla nowych pokoleń czytelników małych i dużych. Nieraz okazuje się zresztą, że z pozoru identyczne kotwice mogą mieć diametralnie różne wizerunki w sercach osób zakotwiczonych i lepiej cudzych kotwic nie szturchać. Przygotowując do druku książkę biograficzną o Astrid Lindgren, nasza graficzka Anna Pol postanowiła, że okładkę ozdobi portret wesołej, uśmiechniętej Astrid, której domaluje delikatne piegi i rumieńce, aby jak najbardziej zbliżyć ją do wizerunku znanej wszystkim krnąbrnej dziewczynki i aby dać czytelnikowi jasny sygnał, że pisarka do późnych lat zachowała radość i otwartość dziecka - jeszcze w mocno dojrzałym wieku wspinała się na drzewa, wytykała język podczas publicznych wystąpień i zwijała dłonie w trąbki, udając, że patrzy przez lornetkę.

Astrid nie chciała być stereotypowo dorosła, może dlatego, że w dorosłym życiu musiała zmierzyć się z samotnym wychowaniem dziecka i przemocą domową, dzieciństwo natomiast miała bezchmurnie szczęśliwe. Zadowoleni i dumni z pomysłu posłaliśmy projekt do Szwecji, do agenta oraz do autorki biografii i okazało się… że nie ma zgody na taką okładkę. Nie zgadza się autorka, szwedzki wydawca, przyjaciele, rodzina. NIKT SIĘ NIE ZGADZA! Dlaczego? Bo chwyciliśmy ich kotwicę, chcieliśmy ją wyciągnąć i zarzucić nową, inną, po polsku. Po gorącej wymianie maili, telefonów i esemesów wiedzieliśmy, że nie przekonamy szwedzkich przyjaciół do swojej koncepcji. Uznali, że ośmieszamy ich świętość, ich ideał. Żadne nasze rozpaczliwe przekonywania, że my, polscy czytelnicy książek pisarki, teraz jej wydawcy tak właśnie widzimy Astrid, a zastosowany retusz ma być pewnym skrótem i puszczeniem oka do czytelnika, który prędzej rozpozna piegi na twarzy starszej pani niż samą autorkę, nie pomogły.
Podobnie długo przekonywaliśmy autorkę książki o Tove Jansson – mamie Muminków. Uznaliśmy, że fotografia Tove z Muminkami i tytuł wskazujący, że to ich „mama”, czyli stwórczyni, będzie dla polskiego czytelnika bardziej zrozumiały i silniej go zaciekawi, bo wszyscy kochamy Muminki, Włóczykija, a nawet Bukę. Autorka uważała inaczej i nie zgadzała się na nasze propozycje, ponieważ dla niej i w ogóle dla Finów Tove Jansson to ikona wolności, sztuki, a przede wszystkim malarstwa. Dopiero potem Muminków.
W tym przypadku przekonaliśmy jednak autorkę, profesor Boel Westin, do swojej koncepcji i uzgodniliśmy wspólny projekt dla okładki, a także tytuł inny niż na całym świecie, zarezerwowany wyłącznie dla polskiego czytelnika. W kilka miesięcy później z satysfakcją dostrzegliśmy w jednym z katalogów amerykańskiego wydawcy podobną okładkę, a nawet więcej - skopiowany w całości, łącznie z krojem liter nasz pomysł! Bezgranicznie uradowani, że ktoś podziela nasz sposób myślenia i że mamy naśladowców, zapomnieliśmy o tym, że jednak inny wydawca nadużył naszych praw autorskich i skopiował nasz projekt!

A czy zwróciliście uwagę, że Kermit na okładce biografii Jima Hensona nie jest zielony, tylko szary? Wybraliśmy na okładkę wizerunek z czarno-białego zdjęcia i zamierzaliśmy je pokolorować, ale na to nie zgodził się amerykański wydawca. I na nic nie zdały się prośby i tłumaczenia. Mogliśmy wykorzystać tylko to czarno-białe zdjęcie i nie wolno nam było w żaden sposób zaingerować w kolor, czyli w umaszczenie Kermita. A co by by było, gdyby nasz kolor zielony różnił się diametralnie, czy choćby odrobinę, od koloru zaprojektowanego dla Kermita przez jego twórcę, Jima Hensona – pytał wydawca? Kiedy dziś oglądamy odcinki The Muppet Show, widzimy, że Kermit rzeczywiście w każdym odcinku jest trochę inny, zielony kolor jego skóry zmienia się z odcinka na odcinek, ale tylko i wyłącznie z powodu upływu czasu. A Kermit w zieleni jest przecież tylko jeden. Tylko który to odcień? Taki jak chcemy, taki jak nasza muppetowa kotwica - niejednoznaczny.

Rozumiecie już, dlaczego Kermit i Bernie są czarno-biali na naszej okładce? Gdy trzymacie w ręku dziwaczną z pozoru okładkę, pamiętajcie, że jej losem kierowała może jakaś tajemnicza siła… Kotwice trzymają mocno. Mogłabym opisać wiele takich książkowych przypadków. Zawsze szanujemy zdanie autorów, bohaterów i jeśli nie przekonamy ich do naszych pomysłów – dostosowujemy projekty okładek do ich woli. To w końcu ich książki.

Niedawno trafiłam na prawdziwy skarb - książkę Aleksandry i Daniela Mizielińskich 1000 polskich okładek. Ileż tam kotwic! Nic, tylko rozpływać się we wspomnieniach. Okładki towarzyszą nam przez całe życie, a w nich książki zaklęte na zawsze. Stoją na półkach w naszych domach, w antykwariatach i bibliotekach. Ilustracje Szancera do baśni Andersena, okładki serii kryminalnej „Z kluczykiem” i to charakterystyczne logo, wspaniała, niepowtarzalna seria okładek Klubu Interesującej Książki, obwoluty Bogdana Zieleńca do Ani z Zielonego Wzgórza z lat siedemdziesiątych czy serii Naszej Księgarni „Poczytaj mi, mamo”.

Kiedy wraz z przyjaciółmi odwiedziłam kilka tygodni temu Krynicę Górską, trafiłam w magiczne miejsce, przeniesione z innego świata. W pensjonacie „Wisła” czas się zatrzymał. Nad wejściem mrugał przepiękny neon z nazwą pensjonatu. Trafiliśmy na dancing odbywający się w godzinach od 17.00 do 22.00, żadne „do rana” czy „do ostatniego gościa”. Eleganckie starsze wiekiem towarzystwo pensjonariuszy bawiło się ze staromodną klasą. Panowie prosili panie do tańca, szarmancko całując je w dłoń. Grała orkiestra. Kierownik sali rozsadzał gości, pani kelnerka w bluzce z białym żabotem i koronkowej opasce na tlenionych włosach przyniosła herbatę w szklankach ze spodkiem i wermut.

Kiedy weszliśmy tam trochę dla hecy, byłam pewna, że to nie moja moja bajka, nie moja kotwica. Po chwili okazało się, że nie do końca mam rację. No bo przecież nagle głosem orkiestry zaśpiewała Marta Mirska. Piosenkę Pierwszy siwy włos nuciła całe moje dzieciństwo mama, słuchając czarnej płyty z gramofonu bambino. Byłam w domu… Nie pamiętam tak doskonałej zabawy, szalonego węża pomiędzy stolikami i tańca do piosenki Serduszko puka w rytmie cza-cza. Po powrocie do Warszawy, gorączkowo przesłuchując stacje radiowe, znalazłam jedną jedyną, która emituje takie przeboje. Piosenki z mojej już bajki…
Trwa ładowanie komentarzy...